Patrzę na Twoje dłonie i
przypominam sobie, jak to jest mieć je na twarzy. Jak głaszczą po
plecach, jak nie potrafią naprawić kapiącego kranu.
Ściskam Cię.
Nie odwzajemniasz uścisku.
Och, Boże. Proszę.
Błagam.
To trwa tak długo. Już
od tak dawna nie widziałam, jak patrzysz na mnie.
Tak jak tylko Ty
patrzyłeś. Boże, nie. Tylko nie czas przeszły. Tak jak tylko Ty
potrafisz patrzeć. Brzmi idealnie.
Przesuwam palcem po Twoim
czole i policzku. Zjeżdżam na szyję.
Czekam, aż ciszę
przetnie Twój rozbawiony głos:
- Oliwia, na Boga, nie
głaszcz mnie jak jakiegoś swojego pupilka!
Ale cisza nadal dzwoni w
uszach. Słychać tylko szum tych cholernych maszyn.
Wiesz kochanie, to było
straszne. Nadal jest. Wiesz, co mi powiedzieli?
- Pani mąż jest w stanie
krytycznym, pasażerka nie żyje, a chłopiec cudem wyszedł z tego
tylko z siniakami, otarciami i jednym złamaniem. Był przytomny.
Na szczęście Twój stan
się już ustabilizował.
Nadal tego nie rozumiem.
Ale wiesz, myślę, że w natłoku pacjentów i zgłoszeń chyba się
pomylili. Pewnie pomieszali dwa różne wypadki. Ciekawe, czy dobrze
wypełnili dokumenty. Będę musiała się tym zająć. Albo wiesz,
razem się tym zajmiemy jak już się obudzisz.
Ja już wiem, jak to było.
Chciałeś zrobić mi niespodziankę, wrócić ze szkolenia szybciej.
Nic nie powiedziałeś, a nawet nie byłeś zbyt rozmowny przez
telefon tego dnia. Ciekawe, co dla mnie szykowałeś? Zawsze byłeś
pod tym względem taki zabawny i sprytny. Czasem mnie to nawet
irytowało, ale teraz wszystko dałabym za Twoją kolejną
niespodziankę bez okazji.
Wracałeś do mnie, na
pewno się spieszyłeś. Pisałeś może akurat SMSa, że tęsknisz.
Zawsze byłeś taki nieuważny, gdy prowadziłeś i zajmowałeś się
czymś jeszcze. Teraz będziesz już ostrożniejszy i nie pozwolisz
mi po raz kolejny siedzieć tutaj. Nie pozwolisz mi się stresować,
ponieważ mnie bardzo kochasz, prawda? A wzmianka o tamtych
pasażerach to była pomyłka, prawda?
Nie chcę Ci pokazać, że
się wzruszyłam. Wychodzę z sali, całując Twój gładki policzek
na pożegnanie. Ale nie martw się, zaraz wrócę. Potrzebuję tylko
trochę kawy. I muszę wytrzeć sobie oczy. Nie możesz widzieć, że
płaczę. Ja tu czekam na Ciebie i tylko trochę się rozklejam.
Mógłbyś teraz podnieść głowę i krzyknąć z udawaną naganą:
- Hej, nie płacz,
kobieto!
I zamknąć mnie w swoim
niedźwiedzim uścisku.
Ale nic takiego się nie
dzieje. Nikt nie powstrzymuje od wyjścia na korytarz. Odczuwam to
trochę jako klęskę, ale przecież jesteś jeszcze zmęczony. Na
pewno chciałbyś otworzyć oczy, ale nie możesz. Na pewno słyszysz
moje kroki i czujesz moje pocałunki.
Idę szybkim krokiem,
szukając w torbie chusteczek. Postanawiam przy okazji poszukać
Twojego lekarza. Może wyjaśnię tamtą pomyłkę.
Schodzę na piętro niżej
i rozpoczynam poszukiwania. W dłoni ściskam już kubeczek z kawą.
Okropnie pachnie. Ale wypiję to, bo muszę mieć siłę. Dla Ciebie.
Przed gabinetem siedzi
kilka osób. Drzwi otwierają się i wychodzi z niego pielęgniarka z
jakimś dzieckiem kurczowo ściskającym ją za rękę. Pewnie się
teraz dziwisz. Jak mogłam napisać „jakieś dziecko”? Och,
mogłam. Teraz, gdy Ciebie chwilowo nie ma obok mnie, nie liczą się
dla mnie żadne dzieci. Nie mogę wręcz na nie patrzeć, omijam je
wzrokiem tak jak teraz. Nie czuję, jak niegdyś, przyspieszonego
bicia serca, mimowolnego uśmiechu wstępującego na twarz, ciepła i
rozczulenia rozlewającego się po całym ciele. Zamiast tego dopada
mnie bolesny skurcz żołądka. Przypomina mi się, co miałam Ci
powiedzieć po Twoim powrocie. Zamierzałam zrobić pyszną kolację,
wiesz? Specjalnie dla Ciebie zrobić spaghetti ze szpinakiem, które
tak lubisz. Kupiłabym wino. I wiesz, co?
- Przemyślałam to.
Chciałabym adoptować dziecko.
Tak miałam powiedzieć. A
Ty oszalałbyś ze szczęścia, a ja razem z Tobą. Może w końcu by
nam się udało. Och, na pewno by się udało.
I powiem Ci to, jak tylko
się obudzisz. Bez kolacji i bez wina, ale za to z miłością. I
wdzięczna Bogu, że się w końcu obudziłeś.
Przypominam sobie, jak
zawsze pocieszałeś mnie po każdej nieudanej próbie. Jak
wytrzymywałeś moją wściekłość na samą siebie. Jaką złością
reagowałeś, gdy krzyczałam, że nie można mnie nazwać kobietą.
Jak Ty to wytrzymywałeś,
co? Gdzie zmieściłeś w sobie tak ogromne pokłady cierpliwości?
Nie miałeś nigdy dość
tego, że tyle razy budziłam się ze szlochem i biłam pięściami w
poduszkę? Że niejeden raz posyłałam Cię do wszystkich diabłów?
Och, nie. Ty wiedziałeś,
jak bardzo wstydziłam się tego. Jak marzyłam o dziecku. Tak bardzo
chciałam kiedyś obudzić się i zobaczyć Cię niewyspanego z małą
istotką wydzierającą się wniebogłosy na rękach! Tak bardzo
chciałam Cię uszczęśliwić. Chciałam zapewnić Ci to, co powinna
zapewnić mężowi każda żona.
I bałam się. Strasznie
się bałam, że to nie wystarczy. Że nie wytrzymasz mojej rozpaczy,
a co gorsza, nie wytrzymasz tego, że nie mogę Ci dać tego, o czym
tak bardzo marzymy.
Jak mogłam się bać?
Przecież to niemożliwe. Ty jesteś mój, a ja jestem Twoja. Teraz
leżysz tu nieprzytomny, a ja mam pewność, że w życiu byś mnie
nie zostawił. Tak jak ja w życiu nie zostawiłabym Ciebie.
- Proszę pani?
Potrząsam głową,
wyrwana z rozmyślań i kolejnego wzruszenia. Przed sobą widzę
tego, którego szukałam.
- Pan wybaczy. Chciałam
się dowiedzieć...
- Oczywiście. Młody jest
silny, prawda? Potrzebuje teraz tylko kogoś, z kim mógłby
porozmawiać i poczuć się bezpiecznie. Kogoś znajomego, jak pani.
Patrzę na niego i w
odpowiedzi tylko mrugam oczami. Potrzebuję chwili na zrozumienie
tego, co właśnie usłyszałam.
- Ma złamaną rękę i
parę siniaków – kontynuuje mężczyzna w kitlu, a ja patrzę na
niego, jakbym widziała go pierwszy raz na oczy. A przecież już
tyle z nim rozmawiałam. - Na razie nie powiedziałem mu o śmierci
kobiety – pochyla się i szepcze mi na ucho tak, że sama ledwo go
słyszę. Mój żołądek skręca się w supeł. - Załamie się.
Jest wystarczająco przerażony.
Dłonie mi drżą. Nie
potrafię kompletnie nic odpowiedzieć.
Doktor patrzy na mnie, a
potem coś przy pielęgniarce z ogromnym smutkiem. Stara się jednak
zachować pokrzepiający wyraz twarzy. A ja nadal... Nadal nie
rozumiem. Nadal nie patrzę w dół i staram się utrzymywać wzrok
tak, aby omijał chłopca. Tak, wiem teraz, że to chłopiec.
- Musi być teraz z kimś,
kto zapewni mu poczucie bezpieczeństwa. Domyśla się pani, że jest
najlepszą, i jak na razie jedyną opcją. Świetnie się znacie,
dogadujecie. Musicie być teraz razem. Jesteście oboje w bardzo
trudnej sytuacji. Musicie się wspierać.
- Ale...
- Pani wybaczy, jestem tu
potrzebny. Za jakąś godzinę odwiedzę pani męża i dowiemy się
trochę więcej o jego stanie. Proszę być silna.
Uśmiecha się słabo i
wycofuje do swojego gabinetu. Pielęgniarka również przybiera na
twarz ten sam uśmiech, który ma jednocześnie krzepić, ale i
powiadomić o powadze sytuacji. Odchodzi szybko, również jest
gdzieś potrzebna.
Ty też jesteś mi
ptrzebny.
Błagam.
Wróć do mnie.
Czuję w swojej dłoni coś
miękkiego i lepkiego. Zerkam kątem oka. Och, Boże. To on. Trzymam
za rękę jakieś obce dziecko. Ratuj mnie. Zaszła jakaś tragiczna
pomyłka. Co ja wyprawiam?
Wyszłam tylko po kawę i
mam wrócić z dzieckiem? Przecież gdzieś tu jest jego matka i się
o niego martwi! Gdzieś tu jest jego rodzina i czeka na informacje.
Może myślą, że jest martwe!
Powinnam teraz dobijać
się do drzwi doktora, ale coś mnie powstrzymuje. Nadal nie patrząc
na chłopca, bez słowa wchodzę do windy i pokonuję jedno piętro.
Po schodach chyba nie dałabym rady już wejść.
Siadam na korytarzu przed
Twoją salą. Leżysz tam beze mnie i na pewno już tęsknisz, ale
nie mogę wejść. Muszę to wyjaśnić.
Chłopiec bez słowa siada
obok mnie.
- Cześć. - przybieram
miękki głos i powoli odwracam głowę w jego stronę – Jak masz
na...
Nie kończę zdania. Nie
mogę. Boże, nie mogę.
Te oczy.
Czuję, jak dopada mnie
fala gorąca. Zaczynam prawie dygotać.
- Malcel – słyszę
cichy szept. - Mam na imię Malcel, plose pani.
Robi mi się ciemno przed
oczami. Boże, żebym tylko nie zemdlała. Żebym tylko nie zemdlała.
Żebym nie zemdlała.
Świat wokół powoli
odzyskuje barwy. Znów go widzę. Widzę, jak jego krótkie nóżki
zwisają z dużego, niebieskiego krzesła. Widzę rączkę w gipsie i
mnóstwo zadrapań i siniaków. I w końcu widzę jego twarz.
Twoją twarz.
Twoje piękne oczy.
Twoje znamię za prawym
uchem.
- Marcel. - powtarzam
struchlała, nadal lekko drżąc. Niechciane łzy napływają mi do
oczu. Boże. Nie.
- Tak jak tatuś. Mamusia
dała mi imię po tatusiu – uśmiecha się niepewnie, widząc moją
reakcję. No fakt, zachowuję się jak zdziczałe zwierzę. Pewnie
jest przestraszony i jednocześnie chce mnie jakoś podnieść na
duchu.
Nie odpowiadam. Drżącymi
rękoma szukam już prawie pustej paczki chusteczek w torebce.
Wycieram oczy, wydmuchuję nos. Biorę kilka wdechów.
- Piękne masz imię –
dukam. Ciągle wpatruję się w niego jak oczarowana, jednocześnie
czując, jak moje serce... Pęka na milion kawałeczków.
Czy nadal chcę, abyś się
obudził?
Kochany?
Leżysz tam, śpisz w
najlepsze i zostawiłeś mnie z tym samą? Dlaczego mi to zrobiłeś?
Przecież ja Cię nadal
kocham.
Zawsze będę.
Ja Cię nie zostawię.
Ja chcę to usłyszeć od
Ciebie.
Chcę porównać Wasze
znamiona.
Marcel. Nie musisz
naprawiać tego kranu. Wróć do mnie.
A jeśli nie do mnie... To
do niego. Do Twojego syna.
Tylko wróć.
- Tatuś pokazywał mi
pani zdjęcia. Mówił, ze jest pani taka ładna, ze zawse wsyscy się
za panią oglądają na ulicy, a on cuje się jak pani lyces. I ze
patsy pani zawse tylko na niego.
Pokazywałeś mu moje
zdjęcia?
Czy to znaczy, że...
- Nie lozumialem, dlacego
lodzice innych dzieci są lazem, a moi osobno. Ale zawse mi
tlumacyli, ze baldzo mnie kochają. I ze casem tak się dzieje, ze po
plostu nie mogą.
Czuję, jak z mojego serca
coś się stacza. Nie wiem, co to. Ale przynajmniej już nie dygoczę.
Patrzę na chłopca coraz rozumniej, kiwając głową.
Po raz kolejny czuję łzy
pod powiekami.
Dlaczego mi nie
powiedziałeś?
Myślałeś, że Ci nie
uwierzę?
Że pomyślę, że
jesteście razem? Że jednak mnie zostawiłeś? Że jednak ktoś
obdarował Cię tym, czym ja nie dałam rady?
Że znienawidzę Twojego
syna?
Że nie będę chciała
mieć z Tobą dziecka?
Że.. Cię zostawię? Nie
wybaczę?
Masz rację.
Pomyślałabym tak. W
gniewie. Ale ja Cię za bardzo kocham, rozumiesz?
Boże, nawet teraz jestem
na Ciebie wściekła. Potwornie. Nie rozumiem, jak mogłeś zostawić
mnie tu, w takiej niewiedzy, w takiej sytuacji?
I czy zamierzasz się
obudzić i stawić temu czoła?
Zostało mi tylko jedno,
ważne pytanie, rozstrzygające to, co właśnie się dzieje.
- Ile masz lat?
- Sześć.
Och, Boże. Dziękuję.
Dziękuję.
- Co z mamusią?
Truchleję.
- Dowiem się innym razem.
Na razie lekarze nie chcą mi tego powiedzieć.
Wstyd mi za to kłamstwo i
to, jak moja szyja czerwienieje. Czuję, jak drga mi powieka.
Bez słowa biorę go za
rękę i wycieram sobie policzki. Wchodzimy do Ciebie.
Nadal słychać tylko szum
aparatury. Śpisz. W tej samej pozycji, widzę tylko jak miarowo
unosi Ci się klatka piersiowa.
Oblewa mnie po raz kolejny
tego dnia tak ogromna miłość. Ale inna, niż dotychczas.
Zmieniona.
Jest zupełnie inaczej.
Ale wiesz, co się nie
zmieniło?
To, że nadal na Ciebie tu
czekam. I nie tylko ja.
Teraz już nie masz
wyjścia. Musisz się obudzić. Musisz zwalczyć to, co nie pozwala
Ci otworzyć oczu.
Ale wiesz. Bardzo się
boję. Strasznie to samolubne.
Boję się, że otworzysz
oczy i nie spojrzysz na mnie z tą miłością, co zawsze. Że
przestraszysz się. Że nie przyjmiesz do wiadomości tego, że ja...
Ja jestem gotowa Ci wybaczyć. Że mi nie powiedziałeś.
Ja to nawet trochę
rozumiem, wiesz? Chociaż nadal.. Nie mogę się z tym pogodzić.
Proszę. Chcę Cię
jeszcze pocałować. I poczuć Twoje dłonie na swoich. Daj mi tę
szansę.
Daj szansę małemu
Marcelkowi, który właśnie nieśmiało muska paluszkami Twoje
ramię.
On nie ma już nikogo, a
nawet o tym nie wie. Ja nie mogę mu tego powiedzieć. Ja tu jestem
nikim, a Ty jesteś jego ojcem. Masz dla kogo żyć.
- Tatuś – z rozmyślań
wyrywa mnie dziecięcy głosik. Czuję dreszcz przechodzący po całym
ciele. - Ja wiem, ze ostatnio byłem tloche niegzecny. I ze
powiedziałem 'kulwa', gdy chciałeś naucyć mnie tabliczki mnozenia
do 10. Baldzo się wtedy wkuzyłeś i powiedziałeś, ze nie jesteś
ze mnie wcale dumny. Ja pseplasam. Naplawdę. Jak się obudzis, to
zobacys, ze ciągle będzies ze mnie dumny. Naucyłem się ostatnio
takiej fajnej piosenki na Dzień Ojca. To jus za ctely tygodnie.
Musis wyzdlowieć. Nie śpij tyle, bo zawse powtazas mi, ze tylko
lenie tyle śpią. No tata. Będę jadł całe obiadki w psedskolu.
Tylko się jus obudź, no. Tatuś.
Łzy płyną mi ciurkiem
po policzkach. Słyszę, jak Twój syn się targuje ze samym sobą i
nie mogę powstrzymać wzruszenia. Jest cudowny. Tak jak Ty.
Nie może zostać tutaj
sam.
- I wies, co ci powiem? -
odzywa się znowu – Oliwia jest baldzo ładna. Plawie tak, jak jak
moja mamusia. Mas gust! Ale tęsknię za wami. Tatuś. No plose.
Serce ściska mi się
boleśnie.
- Może zaśpiewaj tę
piosenkę, co? - odzywam się zduszonym głosem.
- Oo. Jasne!
Z jego ust wydobywa się
śliczny, dziecięcy śpiew. Stara się przy tym tak bardzo, że aż
zaciska rączki w piąstki. Kosteczki ma już zbielałe.
Siedzimy jeszcze oboje
przy Tobie przez jakiś czas. Mały zasypia, opierając główkę na
Twoim łóżku.
- Lekarz miał przyjść
już dawno – odzywam się, z niewiadomych sobie przyczyn.
Dotychczas nie odważyłam się jeszcze chwycić Twojej dłoni. Sama
nie wiem, czy mi wypada. Czy powinnam.
Odpowiada mi cisza.
- Jesteście bardzo
podobni – kontynuuje drżącym z emocji głosem.
Czy mnie słyszysz?
Proszę. Usłysz mnie. Daj
mi sobie wybaczyć.
- Bardzo zabolało mnie to
wszystko. Ale jeszcze bardziej za tobą tęsknię. Skoro już jesteś
w stanie stabilnym, mógłbyś choć na sekundę uchylić powieki i
nawet spać dalej. Czekam na ciebie... I nie tylko ja. Nie wiem już,
co mówić. Nie doceniałam cię wtedy, gdy wykrzykiwałam, że
powinieneś znaleźć sobie kogoś na moje miejsce. Nie zrobiłbyś
tego. Nie chciałeś mnie dobić tym, że... Że jest Marcelek. To
takie dobre z twojej strony, ale jednocześnie takie bezduszne.. Czy
gdyby nie to, co się stało... Dowiedziałabym się?
Pochylam się nad małym,
sprawdzając, czy na pewno śpi. Jest w porządku. Oddycha miarowo,
nawet lekko pochrapując.
- Musisz mu powiedzieć –
szepczę. Gdy przypominam sobie o beznadziei, w jakiej znalazł się
ten mały niewinny chłopczyk, automatycznie w gardle powstaje mi
gula. - Ja tego nie mogę zrobić. Wy musicie być razem.
Zamykam oczy. Nigdy już
nie zaprosi nikogo na Dzień Matki. Nigdy nie powie do nikogo 'mamo'.
Nie pokaże jej już nigdy świadectwa, nie pochwali się ukończeniem
szkoły i studiów. Nigdy się z nią nawet nie pokłóci, nie
zbuntuje. Nie przyprowadzi do niej swojej pierwszej dziewczyny. Nie
zatańczy z nią za jakieś dwadzieścia lat na swoim weselu. Nie
przedstawi jej wnuków.
Boże. Jesteś okrutny.
Nie bądź na tyle
okrutny, aby odebrać mi ukochanego.
Aby odebrać tej małej
sierotce ojca.
Już nawet nie chodzi o
mnie. Chodzi o tego małego, śpiącego chłopczyka.
- Ojcze Nasz, któryś
jest w Niebie... - szepczę, przyciskając do siebie w końcu Twoją
dłoń. Modlę się żarliwie. Chciałoby się rzec, że modlę się
tak, jakby życie od tego zależało. I słusznie. Zależy.
Kiedy widzę, że mały
się budzi, wstaję ciężko i chwytam jego małą rączkę,
uważając, aby nie poturbować jeszcze bardziej tej złamanej.
Mały patrzy na mnie
jeszcze trochę zmęczony i zaspany, i posłusznie kieruje się ze
mną do drzwi. Chyba zawiozę go do.. Do nas. Położę w ciepłym
łóżku. Zapytam się tylko doktora, czy mogę. I wrócę do Ciebie
jutro. Wrócimy.
Chociaż bardzo się boję.
Naciskam na klamkę i
uchylam drzwi. Po raz ostatni odwracam się w Twoją stronę, chcąc
rzucić Ci pożegnalne spojrzenie.
I okazuje się, że Ty też
chcesz się z nami pożegnać.
Przystaję jak skamieniała
i ściskam Marcelka za zdrowe ramię.
Zrozumiał.
Patrzy razem ze mną
oczarowany na to, jak wodzisz za nami wzrokiem. Boi się nawet
odetchnąć. Jakby to był sen.
Widzę, jak bardzo
poruszył Cię widok małego.
To będzie bardzo, bardzo
trudne.
Ale przynajmniej jedno
wiem. Jedno widzę.
Patrzysz na mnie z taką
samą miłością, jak zawsze. A nawet.. nawet większą.
I już wiem, że w końcu
wrócisz.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz