kliknij, aby wyszukać...

czwartek, 30 czerwca 2016

Tylko wróć.

Patrzę na Twoje dłonie i przypominam sobie, jak to jest mieć je na twarzy. Jak głaszczą po plecach, jak nie potrafią naprawić kapiącego kranu.
Ściskam Cię.
Nie odwzajemniasz uścisku.
Och, Boże. Proszę. Błagam.
To trwa tak długo. Już od tak dawna nie widziałam, jak patrzysz na mnie.
Tak jak tylko Ty patrzyłeś. Boże, nie. Tylko nie czas przeszły. Tak jak tylko Ty potrafisz patrzeć. Brzmi idealnie.
Przesuwam palcem po Twoim czole i policzku. Zjeżdżam na szyję.
Czekam, aż ciszę przetnie Twój rozbawiony głos:
- Oliwia, na Boga, nie głaszcz mnie jak jakiegoś swojego pupilka!
Ale cisza nadal dzwoni w uszach. Słychać tylko szum tych cholernych maszyn.
Wiesz kochanie, to było straszne. Nadal jest. Wiesz, co mi powiedzieli?
- Pani mąż jest w stanie krytycznym, pasażerka nie żyje, a chłopiec cudem wyszedł z tego tylko z siniakami, otarciami i jednym złamaniem. Był przytomny.
Na szczęście Twój stan się już ustabilizował.
Nadal tego nie rozumiem. Ale wiesz, myślę, że w natłoku pacjentów i zgłoszeń chyba się pomylili. Pewnie pomieszali dwa różne wypadki. Ciekawe, czy dobrze wypełnili dokumenty. Będę musiała się tym zająć. Albo wiesz, razem się tym zajmiemy jak już się obudzisz.
Ja już wiem, jak to było. Chciałeś zrobić mi niespodziankę, wrócić ze szkolenia szybciej. Nic nie powiedziałeś, a nawet nie byłeś zbyt rozmowny przez telefon tego dnia. Ciekawe, co dla mnie szykowałeś? Zawsze byłeś pod tym względem taki zabawny i sprytny. Czasem mnie to nawet irytowało, ale teraz wszystko dałabym za Twoją kolejną niespodziankę bez okazji.
Wracałeś do mnie, na pewno się spieszyłeś. Pisałeś może akurat SMSa, że tęsknisz. Zawsze byłeś taki nieuważny, gdy prowadziłeś i zajmowałeś się czymś jeszcze. Teraz będziesz już ostrożniejszy i nie pozwolisz mi po raz kolejny siedzieć tutaj. Nie pozwolisz mi się stresować, ponieważ mnie bardzo kochasz, prawda? A wzmianka o tamtych pasażerach to była pomyłka, prawda?
Nie chcę Ci pokazać, że się wzruszyłam. Wychodzę z sali, całując Twój gładki policzek na pożegnanie. Ale nie martw się, zaraz wrócę. Potrzebuję tylko trochę kawy. I muszę wytrzeć sobie oczy. Nie możesz widzieć, że płaczę. Ja tu czekam na Ciebie i tylko trochę się rozklejam. Mógłbyś teraz podnieść głowę i krzyknąć z udawaną naganą:
- Hej, nie płacz, kobieto!
I zamknąć mnie w swoim niedźwiedzim uścisku.
Ale nic takiego się nie dzieje. Nikt nie powstrzymuje od wyjścia na korytarz. Odczuwam to trochę jako klęskę, ale przecież jesteś jeszcze zmęczony. Na pewno chciałbyś otworzyć oczy, ale nie możesz. Na pewno słyszysz moje kroki i czujesz moje pocałunki.
Idę szybkim krokiem, szukając w torbie chusteczek. Postanawiam przy okazji poszukać Twojego lekarza. Może wyjaśnię tamtą pomyłkę.
Schodzę na piętro niżej i rozpoczynam poszukiwania. W dłoni ściskam już kubeczek z kawą. Okropnie pachnie. Ale wypiję to, bo muszę mieć siłę. Dla Ciebie.
Przed gabinetem siedzi kilka osób. Drzwi otwierają się i wychodzi z niego pielęgniarka z jakimś dzieckiem kurczowo ściskającym ją za rękę. Pewnie się teraz dziwisz. Jak mogłam napisać „jakieś dziecko”? Och, mogłam. Teraz, gdy Ciebie chwilowo nie ma obok mnie, nie liczą się dla mnie żadne dzieci. Nie mogę wręcz na nie patrzeć, omijam je wzrokiem tak jak teraz. Nie czuję, jak niegdyś, przyspieszonego bicia serca, mimowolnego uśmiechu wstępującego na twarz, ciepła i rozczulenia rozlewającego się po całym ciele. Zamiast tego dopada mnie bolesny skurcz żołądka. Przypomina mi się, co miałam Ci powiedzieć po Twoim powrocie. Zamierzałam zrobić pyszną kolację, wiesz? Specjalnie dla Ciebie zrobić spaghetti ze szpinakiem, które tak lubisz. Kupiłabym wino. I wiesz, co?
- Przemyślałam to. Chciałabym adoptować dziecko.
Tak miałam powiedzieć. A Ty oszalałbyś ze szczęścia, a ja razem z Tobą. Może w końcu by nam się udało. Och, na pewno by się udało.
I powiem Ci to, jak tylko się obudzisz. Bez kolacji i bez wina, ale za to z miłością. I wdzięczna Bogu, że się w końcu obudziłeś.
Przypominam sobie, jak zawsze pocieszałeś mnie po każdej nieudanej próbie. Jak wytrzymywałeś moją wściekłość na samą siebie. Jaką złością reagowałeś, gdy krzyczałam, że nie można mnie nazwać kobietą.
Jak Ty to wytrzymywałeś, co? Gdzie zmieściłeś w sobie tak ogromne pokłady cierpliwości?
Nie miałeś nigdy dość tego, że tyle razy budziłam się ze szlochem i biłam pięściami w poduszkę? Że niejeden raz posyłałam Cię do wszystkich diabłów?
Och, nie. Ty wiedziałeś, jak bardzo wstydziłam się tego. Jak marzyłam o dziecku. Tak bardzo chciałam kiedyś obudzić się i zobaczyć Cię niewyspanego z małą istotką wydzierającą się wniebogłosy na rękach! Tak bardzo chciałam Cię uszczęśliwić. Chciałam zapewnić Ci to, co powinna zapewnić mężowi każda żona.
I bałam się. Strasznie się bałam, że to nie wystarczy. Że nie wytrzymasz mojej rozpaczy, a co gorsza, nie wytrzymasz tego, że nie mogę Ci dać tego, o czym tak bardzo marzymy.
Jak mogłam się bać? Przecież to niemożliwe. Ty jesteś mój, a ja jestem Twoja. Teraz leżysz tu nieprzytomny, a ja mam pewność, że w życiu byś mnie nie zostawił. Tak jak ja w życiu nie zostawiłabym Ciebie.
- Proszę pani?
Potrząsam głową, wyrwana z rozmyślań i kolejnego wzruszenia. Przed sobą widzę tego, którego szukałam.
- Pan wybaczy. Chciałam się dowiedzieć...
- Oczywiście. Młody jest silny, prawda? Potrzebuje teraz tylko kogoś, z kim mógłby porozmawiać i poczuć się bezpiecznie. Kogoś znajomego, jak pani.
Patrzę na niego i w odpowiedzi tylko mrugam oczami. Potrzebuję chwili na zrozumienie tego, co właśnie usłyszałam.
- Ma złamaną rękę i parę siniaków – kontynuuje mężczyzna w kitlu, a ja patrzę na niego, jakbym widziała go pierwszy raz na oczy. A przecież już tyle z nim rozmawiałam. - Na razie nie powiedziałem mu o śmierci kobiety – pochyla się i szepcze mi na ucho tak, że sama ledwo go słyszę. Mój żołądek skręca się w supeł. - Załamie się. Jest wystarczająco przerażony.
Dłonie mi drżą. Nie potrafię kompletnie nic odpowiedzieć.
Doktor patrzy na mnie, a potem coś przy pielęgniarce z ogromnym smutkiem. Stara się jednak zachować pokrzepiający wyraz twarzy. A ja nadal... Nadal nie rozumiem. Nadal nie patrzę w dół i staram się utrzymywać wzrok tak, aby omijał chłopca. Tak, wiem teraz, że to chłopiec.
- Musi być teraz z kimś, kto zapewni mu poczucie bezpieczeństwa. Domyśla się pani, że jest najlepszą, i jak na razie jedyną opcją. Świetnie się znacie, dogadujecie. Musicie być teraz razem. Jesteście oboje w bardzo trudnej sytuacji. Musicie się wspierać.
- Ale...
- Pani wybaczy, jestem tu potrzebny. Za jakąś godzinę odwiedzę pani męża i dowiemy się trochę więcej o jego stanie. Proszę być silna.
Uśmiecha się słabo i wycofuje do swojego gabinetu. Pielęgniarka również przybiera na twarz ten sam uśmiech, który ma jednocześnie krzepić, ale i powiadomić o powadze sytuacji. Odchodzi szybko, również jest gdzieś potrzebna.
Ty też jesteś mi ptrzebny.
Błagam.
Wróć do mnie.
Czuję w swojej dłoni coś miękkiego i lepkiego. Zerkam kątem oka. Och, Boże. To on. Trzymam za rękę jakieś obce dziecko. Ratuj mnie. Zaszła jakaś tragiczna pomyłka. Co ja wyprawiam?
Wyszłam tylko po kawę i mam wrócić z dzieckiem? Przecież gdzieś tu jest jego matka i się o niego martwi! Gdzieś tu jest jego rodzina i czeka na informacje. Może myślą, że jest martwe!
Powinnam teraz dobijać się do drzwi doktora, ale coś mnie powstrzymuje. Nadal nie patrząc na chłopca, bez słowa wchodzę do windy i pokonuję jedno piętro. Po schodach chyba nie dałabym rady już wejść.
Siadam na korytarzu przed Twoją salą. Leżysz tam beze mnie i na pewno już tęsknisz, ale nie mogę wejść. Muszę to wyjaśnić.
Chłopiec bez słowa siada obok mnie.
- Cześć. - przybieram miękki głos i powoli odwracam głowę w jego stronę – Jak masz na...
Nie kończę zdania. Nie mogę. Boże, nie mogę.
Te oczy.
Czuję, jak dopada mnie fala gorąca. Zaczynam prawie dygotać.
- Malcel – słyszę cichy szept. - Mam na imię Malcel, plose pani.
Robi mi się ciemno przed oczami. Boże, żebym tylko nie zemdlała. Żebym tylko nie zemdlała. Żebym nie zemdlała.
Świat wokół powoli odzyskuje barwy. Znów go widzę. Widzę, jak jego krótkie nóżki zwisają z dużego, niebieskiego krzesła. Widzę rączkę w gipsie i mnóstwo zadrapań i siniaków. I w końcu widzę jego twarz.
Twoją twarz.
Twoje piękne oczy.
Twoje znamię za prawym uchem.
- Marcel. - powtarzam struchlała, nadal lekko drżąc. Niechciane łzy napływają mi do oczu. Boże. Nie.
- Tak jak tatuś. Mamusia dała mi imię po tatusiu – uśmiecha się niepewnie, widząc moją reakcję. No fakt, zachowuję się jak zdziczałe zwierzę. Pewnie jest przestraszony i jednocześnie chce mnie jakoś podnieść na duchu.
Nie odpowiadam. Drżącymi rękoma szukam już prawie pustej paczki chusteczek w torebce. Wycieram oczy, wydmuchuję nos. Biorę kilka wdechów.
- Piękne masz imię – dukam. Ciągle wpatruję się w niego jak oczarowana, jednocześnie czując, jak moje serce... Pęka na milion kawałeczków.
Czy nadal chcę, abyś się obudził?
Kochany?
Leżysz tam, śpisz w najlepsze i zostawiłeś mnie z tym samą? Dlaczego mi to zrobiłeś?
Przecież ja Cię nadal kocham.
Zawsze będę.
Ja Cię nie zostawię.
Ja chcę to usłyszeć od Ciebie.
Chcę porównać Wasze znamiona.
Marcel. Nie musisz naprawiać tego kranu. Wróć do mnie.
A jeśli nie do mnie... To do niego. Do Twojego syna.
Tylko wróć.
- Tatuś pokazywał mi pani zdjęcia. Mówił, ze jest pani taka ładna, ze zawse wsyscy się za panią oglądają na ulicy, a on cuje się jak pani lyces. I ze patsy pani zawse tylko na niego.
Pokazywałeś mu moje zdjęcia?
Czy to znaczy, że...
- Nie lozumialem, dlacego lodzice innych dzieci są lazem, a moi osobno. Ale zawse mi tlumacyli, ze baldzo mnie kochają. I ze casem tak się dzieje, ze po plostu nie mogą.
Czuję, jak z mojego serca coś się stacza. Nie wiem, co to. Ale przynajmniej już nie dygoczę. Patrzę na chłopca coraz rozumniej, kiwając głową.
Po raz kolejny czuję łzy pod powiekami.
Dlaczego mi nie powiedziałeś?
Myślałeś, że Ci nie uwierzę?
Że pomyślę, że jesteście razem? Że jednak mnie zostawiłeś? Że jednak ktoś obdarował Cię tym, czym ja nie dałam rady?
Że znienawidzę Twojego syna?
Że nie będę chciała mieć z Tobą dziecka?
Że.. Cię zostawię? Nie wybaczę?
Masz rację.
Pomyślałabym tak. W gniewie. Ale ja Cię za bardzo kocham, rozumiesz?
Boże, nawet teraz jestem na Ciebie wściekła. Potwornie. Nie rozumiem, jak mogłeś zostawić mnie tu, w takiej niewiedzy, w takiej sytuacji?
I czy zamierzasz się obudzić i stawić temu czoła?
Zostało mi tylko jedno, ważne pytanie, rozstrzygające to, co właśnie się dzieje.
- Ile masz lat?
- Sześć.
Och, Boże. Dziękuję. Dziękuję.
- Co z mamusią?
Truchleję.
- Dowiem się innym razem. Na razie lekarze nie chcą mi tego powiedzieć.
Wstyd mi za to kłamstwo i to, jak moja szyja czerwienieje. Czuję, jak drga mi powieka.
Bez słowa biorę go za rękę i wycieram sobie policzki. Wchodzimy do Ciebie.
Nadal słychać tylko szum aparatury. Śpisz. W tej samej pozycji, widzę tylko jak miarowo unosi Ci się klatka piersiowa.
Oblewa mnie po raz kolejny tego dnia tak ogromna miłość. Ale inna, niż dotychczas.
Zmieniona.
Jest zupełnie inaczej.
Ale wiesz, co się nie zmieniło?
To, że nadal na Ciebie tu czekam. I nie tylko ja.
Teraz już nie masz wyjścia. Musisz się obudzić. Musisz zwalczyć to, co nie pozwala Ci otworzyć oczu.
Ale wiesz. Bardzo się boję. Strasznie to samolubne.
Boję się, że otworzysz oczy i nie spojrzysz na mnie z tą miłością, co zawsze. Że przestraszysz się. Że nie przyjmiesz do wiadomości tego, że ja... Ja jestem gotowa Ci wybaczyć. Że mi nie powiedziałeś.
Ja to nawet trochę rozumiem, wiesz? Chociaż nadal.. Nie mogę się z tym pogodzić.
Proszę. Chcę Cię jeszcze pocałować. I poczuć Twoje dłonie na swoich. Daj mi tę szansę.
Daj szansę małemu Marcelkowi, który właśnie nieśmiało muska paluszkami Twoje ramię.
On nie ma już nikogo, a nawet o tym nie wie. Ja nie mogę mu tego powiedzieć. Ja tu jestem nikim, a Ty jesteś jego ojcem. Masz dla kogo żyć.
- Tatuś – z rozmyślań wyrywa mnie dziecięcy głosik. Czuję dreszcz przechodzący po całym ciele. - Ja wiem, ze ostatnio byłem tloche niegzecny. I ze powiedziałem 'kulwa', gdy chciałeś naucyć mnie tabliczki mnozenia do 10. Baldzo się wtedy wkuzyłeś i powiedziałeś, ze nie jesteś ze mnie wcale dumny. Ja pseplasam. Naplawdę. Jak się obudzis, to zobacys, ze ciągle będzies ze mnie dumny. Naucyłem się ostatnio takiej fajnej piosenki na Dzień Ojca. To jus za ctely tygodnie. Musis wyzdlowieć. Nie śpij tyle, bo zawse powtazas mi, ze tylko lenie tyle śpią. No tata. Będę jadł całe obiadki w psedskolu. Tylko się jus obudź, no. Tatuś.
Łzy płyną mi ciurkiem po policzkach. Słyszę, jak Twój syn się targuje ze samym sobą i nie mogę powstrzymać wzruszenia. Jest cudowny. Tak jak Ty.
Nie może zostać tutaj sam.
- I wies, co ci powiem? - odzywa się znowu – Oliwia jest baldzo ładna. Plawie tak, jak jak moja mamusia. Mas gust! Ale tęsknię za wami. Tatuś. No plose.
Serce ściska mi się boleśnie.
- Może zaśpiewaj tę piosenkę, co? - odzywam się zduszonym głosem.
- Oo. Jasne!
Z jego ust wydobywa się śliczny, dziecięcy śpiew. Stara się przy tym tak bardzo, że aż zaciska rączki w piąstki. Kosteczki ma już zbielałe.
Siedzimy jeszcze oboje przy Tobie przez jakiś czas. Mały zasypia, opierając główkę na Twoim łóżku.
- Lekarz miał przyjść już dawno – odzywam się, z niewiadomych sobie przyczyn. Dotychczas nie odważyłam się jeszcze chwycić Twojej dłoni. Sama nie wiem, czy mi wypada. Czy powinnam.
Odpowiada mi cisza.
- Jesteście bardzo podobni – kontynuuje drżącym z emocji głosem.
Czy mnie słyszysz?
Proszę. Usłysz mnie. Daj mi sobie wybaczyć.
- Bardzo zabolało mnie to wszystko. Ale jeszcze bardziej za tobą tęsknię. Skoro już jesteś w stanie stabilnym, mógłbyś choć na sekundę uchylić powieki i nawet spać dalej. Czekam na ciebie... I nie tylko ja. Nie wiem już, co mówić. Nie doceniałam cię wtedy, gdy wykrzykiwałam, że powinieneś znaleźć sobie kogoś na moje miejsce. Nie zrobiłbyś tego. Nie chciałeś mnie dobić tym, że... Że jest Marcelek. To takie dobre z twojej strony, ale jednocześnie takie bezduszne.. Czy gdyby nie to, co się stało... Dowiedziałabym się?
Pochylam się nad małym, sprawdzając, czy na pewno śpi. Jest w porządku. Oddycha miarowo, nawet lekko pochrapując.
- Musisz mu powiedzieć – szepczę. Gdy przypominam sobie o beznadziei, w jakiej znalazł się ten mały niewinny chłopczyk, automatycznie w gardle powstaje mi gula. - Ja tego nie mogę zrobić. Wy musicie być razem.
Zamykam oczy. Nigdy już nie zaprosi nikogo na Dzień Matki. Nigdy nie powie do nikogo 'mamo'. Nie pokaże jej już nigdy świadectwa, nie pochwali się ukończeniem szkoły i studiów. Nigdy się z nią nawet nie pokłóci, nie zbuntuje. Nie przyprowadzi do niej swojej pierwszej dziewczyny. Nie zatańczy z nią za jakieś dwadzieścia lat na swoim weselu. Nie przedstawi jej wnuków.
Boże. Jesteś okrutny.
Nie bądź na tyle okrutny, aby odebrać mi ukochanego.
Aby odebrać tej małej sierotce ojca.
Już nawet nie chodzi o mnie. Chodzi o tego małego, śpiącego chłopczyka.
- Ojcze Nasz, któryś jest w Niebie... - szepczę, przyciskając do siebie w końcu Twoją dłoń. Modlę się żarliwie. Chciałoby się rzec, że modlę się tak, jakby życie od tego zależało. I słusznie. Zależy.
Kiedy widzę, że mały się budzi, wstaję ciężko i chwytam jego małą rączkę, uważając, aby nie poturbować jeszcze bardziej tej złamanej.
Mały patrzy na mnie jeszcze trochę zmęczony i zaspany, i posłusznie kieruje się ze mną do drzwi. Chyba zawiozę go do.. Do nas. Położę w ciepłym łóżku. Zapytam się tylko doktora, czy mogę. I wrócę do Ciebie jutro. Wrócimy.
Chociaż bardzo się boję.
Naciskam na klamkę i uchylam drzwi. Po raz ostatni odwracam się w Twoją stronę, chcąc rzucić Ci pożegnalne spojrzenie.
I okazuje się, że Ty też chcesz się z nami pożegnać.
Przystaję jak skamieniała i ściskam Marcelka za zdrowe ramię.
Zrozumiał.
Patrzy razem ze mną oczarowany na to, jak wodzisz za nami wzrokiem. Boi się nawet odetchnąć. Jakby to był sen.
Widzę, jak bardzo poruszył Cię widok małego.
To będzie bardzo, bardzo trudne.
Ale przynajmniej jedno wiem. Jedno widzę.
Patrzysz na mnie z taką samą miłością, jak zawsze. A nawet.. nawet większą.
I już wiem, że w końcu wrócisz.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz